W grach komputerowych interesują mnie podobne rzeczy jak w filmach – powinny zapewniać mi bezstresową rozrywkę jeśli mam zamiar się odprężyć, wciągnąć mnie opowiadaną historią jeśli tego potrzebuję i traktować mnie po partnersku a nie jak imbecyla niezdolnego do niczego poza niskim, bezkrytycznym odbiorem. I podobnie jak w kinie (patrz: Avatar) – na rynku gier komputerowych pojawia się wiele tytułów, które rozdmuchane marketingową maszynką okazują się po prostu słabe.
Ale taką pozycją zdecydowanie nie jest Mass Effect 2.
Jeśli miałbym tworzyć listę moich ulubionych gier Mass Effect znalazłaby się na pewno w pierwszej trójce. Od pierwszej spędzonej z nią minuty pokochałem ją za epicko przedstawioną opowieść, za złożoność wyborów, wielość opcji, swobodę i niebanalne zakończenie. Z niecierpliwością czekałem na drugą część przygód komandora Sheparda. Od piątku znów wkroczyłem w przestrzenie zagrożonej galaktyki, w którym tajemnice mieszają się z osobistymi dramatami. I jest cudnie!
