Media, tragedia, wybory

01/05/2010 · 0 komentarzy

Rozumiem płaczących Polaków. Nie rozumiem płaczących dziennikarzy. Oni nie są od tego, by przeżywać na ekranie emocje, ale od rzetelnego informowania o tych, którzy te emocje odczuwają.

Tak rozpoczyna się głośny felieton Andrzeja Skworza, redaktora naczelnego branżowego pisma „Press”, który znacząco podgrzał dyskusję nie tylko na temat tego, jak polskie media poradziły sobie (i radzą nadal) z relacjonowaniem tragedii smoleńskiej, ale również jaki jest sens pracy dziennikarza w ogóle.

Dziennikarz to zawód, profesja jak nauczyciel, lekarz czy maszynista pociągu. Trudno jest prowadzić pociąg przez łzy i dlatego nie powinno się trzeciego czy czwartego dnia płakać podczas wykonywania tej robotymówił naczelny „Pressa” w radiu Tok FM.

Przyznam, że oglądanie telewizji nie jest moim ulubionym zajęciem. Nie jest nim też poddawanie się zbiorowym emocjom i przekonanie, że coś musi być zrobione (lub w jakiś konkretny sposób zrobione) dlatego, że „wszyscy tak uważają”. Nie wywiesiłem flagi na balkonie. Nie poszedłem pod Pałac Prezydencki. Nie dodałem kiru do swojego internetowego awatara. Czy to czyni mnie lepszym, bardziej „kozackim” lub może właśnie nieprawdziwym Polakiem, nieczułym chamem? Oczywiście nie, każdy ma swój sposób na radzenie sobie z wydarzeniami jak te z 10 kwietnia.

Od dziennikarzy (a więc i od siebie samego – choć w zupełnie innym kontekście: ja zajmuję się pewnymi branżami, które chyba nie dostarczają takich emocji jak polityka chociażby) oczekuję przekazywania informacji. To brzmi banalnie, ale chyba mamy taki czas, że trzeba te banały przypominać. Bo jak się okazuje w praktyce nie jest już tak różowo.

Tragedia smoleńska pokazała nam przede wszystkim, że do tego typu wydarzeń redakcje nie są zupełnie przygotowane. Nie chodzi oczywiście o to by przewidywały takie sytuacje, ale raczej by wypracowały pewne strategie, procedury, które pozwoliłyby skoncentrować się na tym co najważniejsze. Zmiana logo na czarno-białe, czy zawieszenie reklam to tylko niezbędne i niewystarczające minimum. Jeszcze gorzej jest jednak z warsztatem.

Dziennikarze są ludźmi i nikt o zdrowych zmysłach nie odbiera im (nam) prawa do okazywania emocji w tak koszmarnych chwilach jak ta, w której dowiadujemy się o katastrofie. Ale te szczególne emocje nie mogą przerodzić się w nieustanną narrację. To fatalnie, że po tygodniu dziennikarka płacze na antenie, albo ktoś pisze w gazecie, że zginęła cała elita Polski. Skandalicznie wypada emisja filmu „Solidarni 2010”, w którym snute są fantastyczne historie na temat przyczyn katastrofy, a który staje się tubą propagandową mitu świętego Lecha Kaczyńskiego.

Jestem (w jakimś sensie) twórcą mediów. Nie zajmuję się polityką, nie piszę o posłach, prawie, czy wyborach. W moich serwisach branżowych np. w Dzienniku Turystycznym, nie ma – moim zdaniem – miejsca na relację z katastrofy. Mogę natomiast w imieniu redakcji złożyć publiczne kondolencje i ewentualnie zmienić logo serwisu na znak i czas trwania żałoby. Ale nie można jednak popadać w skrajności. Nie widzę sensu zdejmowania reklam w mediach branżowych, czy – jak to zrobił Canal + bodajże – puszczaniu meczów piłkarskich bez polskiego komentatora. Czemu miałoby to służyć?

Żałobę chcę przeżywać w osobisty, milczący sposób. A my mamy taki przykry zwyczaj narodowego, martyrologicznego zrywu. Dziś każdy musi być „prawdziwym Polakiem”, a o zmarłych nie można mówić inaczej niż tylko z bałwochwalczym patosem (jestem oczywiście zdania, że tuż po tej tragedii lepiej było mówić dobrze, albo wcale; problem polega na tym, że mijają kolejne dni, tygodnie i mimo że to szalenie trudny czas, nie ma wciąż rzeczowej debaty na temat – chociażby – fatalnej moim zdaniem pod wieloma względami prezydentury Lecha Kaczyńskiego).

Wracając jednak do mediów i dziennikarzy. Czuję, że zbyt bardzo chce mi się opowiadać opowieści. Uwielbiam opowieści, naprawdę. Ale w sztuce, czy w rozmowach z innymi ludźmi. Od mediów nie oczekuję jednowymiarowej narracji ale informowania. I choć to postulat niemożliwy do pełnej realizacji (bardziej jako cel, czy typ idealny) to niestety poziom medialnej frustracji osiągnął w ostatnich tygodniach apogeum. Co przez to rozumiem? Chociażby to, że nie mam pojęcia czy słuchając dziennikarzy mam przed sobą jeszcze rzemieślnika czy już polityka.

Wspomnieć powinienem o jeszcze jednej rzeczy do czego zobowiązuje mnie miano deterministy… Warto pamiętać o roli języka w naszym życiu – w tym jak postrzegamy świat, jak o nim myślimy i opowiadamy. Wraz z tragedią powrócił do języka patos. Objawia się on zarówno w słownictwie, jak i w gramatyce. Zwrócił ostatnio na to uwagę Michał Rusinek. Dlaczego na przykład o tragicznie zmarłych mówi się, że „polegli”? Jakby odeszli walcząc w jakieś wojnie, co automatycznie podsyca te wszystkie kuriozalne teorie spiskowe.

Język jest fundamentem naszego życia, ten kto nim zawładnie (na przykład w mediach, czy w polityce) ten rozegra karty według własnych zasad. I taka niestety będzie nadchodząca kampania, która w dużej mierze rozegra się na polu języka. I obawiam się, że obietnice spokojnej debaty przerodzą się w jeszcze bardziej zapalczywe wojny polsko-polskiej. Już dawno medialna granica podziału nie była tak wyraźna.

Zapraszam do dyskusji.

Grafika: kadr z filmu „Solidarni 2010″

Zostaw komentarz

Jeśli chcesz by obok Twojego komentarza pojawił się obrazek - stwórz konto w serwisie Gravatar.com