Księga wiary, księga ocalenia

02/03/2010 · 6 komentarze/y

Wyobraź sobie świat po nuklearnej zagładzie, w którym tylko nieliczni ocaleni przy życiu potrafią czytać. Wyobraź sobie wędrowca, który strzeże Księgi mogącej uratować ludzkość. Wyobraź sobie despotę, który pożąda Księgi i zrobi wszystko by ją zdobyć. Wyobraź sobie konfrontację, w której chodzi nie tylko o to, kto zdobędzie Księgę, ale o wiarę, wytrwałość i przeznaczenie.

Na możliwość obejrzenia „Księgi ocalenia” czekałem z niecierpliwością. Zapowiadało się bowiem interesujące widowisko – postnuklearne wizje, religijne podteksty i świetni aktorzy. Czego można chcieć więcej?

Po premierze filmu pojawiło się jednak bardzo wiele kiepskich recenzji. Że jednostronny, patetyczny, chrześcijańsko fundamentalistyczny itd. Nie nastawiło mnie to pozytywnie. Tym przyjemniejsze było zaskoczenie – film widziałem kilka dni temu i muszę przyznać, że dawno już żaden nie zrobił na mnie takiego wrażenia i nie dał mi tyle do myślenia. Ale wymaga to kilku zdań wyjaśnienia.

Na początek parę słów o opowiadanej historii. Główny bohater, Eli (grany przez jak zawsze rewelacyjnego Denzela Washingtona) jest wędrowcem przemierzającym przestrzenie zniszczonych wojną nuklearną Stanów Zjednoczonych. Niewiele wiadomo ani o nim samym, ani o celu jego wędrówki. Z czasem dowiemy się, że kierowany religijną wizją idzie na Zachód, gdzie bezpieczna będzie chroniona przez niego Księga. Owa Księga to protestancka Biblia, podobno ostatni istniejący egzemplarz.

Na drodze jego wędrówki staje Carnegie (równie dobry Gary Oldman), despotyczny przywódca ocalałego osiedla, który z maniakalnym uporem przeszukuje pustkowia chcąc odnaleźć Biblię, księgę jego dzieciństwa, w moc której wierzy i chce ją wykorzystać dla poszerzenia swojej władzy. Musi więc dojść do konfrontacji: strażnika Księgi i pożądającego jej przestępcy.

W historii pojawia się również Solara (Mila Kunis, znana choćby z roli Mony Sax w filmie „Max Payne”), młoda kobieta, która razem z niewidomą matką „należy” do Carnegie. Z młodzieńczą ciekawością chce zrozumieć kim jest Eli, dokąd zmierza i czym jest tajemnicza Księga, która wywołuje takie zamieszanie. Sama bowiem nie pamięta czasów sprzed wojny, po której zniszczono wszystkie egzemplarze Biblii (być może również innych świętych ksiąg) w przekonaniu, że były jednym z powodów wybuchu wojny.

Sam Eli jest nie tylko wędrowcem ale i prawdziwym wojownikiem. W filmie jest kilka naprawdę widowiskowych scen walki, które nie psują ogólnej wymowy obrazu, ale podkreślają niezwykłą sprawność, szybkość i całkowite oddanie głównego bohatera. Nie odniosłem wrażenia, że ich pojawianie się sprawa, że „Księga ocalenia” to hollywoodzka kopanka z religijną pompą.

„Księgę ocalenia” można odczytywać na wielu różnych poziomach. Może to być obraz przestrzegający przed obecnym stylem życia („ludzie wyrzucali rzeczy, za które teraz się zabijają” mówi Solarze główny bohater; kobieta nie potrafi w to uwierzyć). Może to być obraz pokazujący, że religijny fundamentalizm i dość łatwa dostępność broni masowego rażenia może doprowadzić do globalnej katastrofy – tak przynajmniej może wnioskować ze zdania, że po „wielkim błysku” i po rocznym pobycie w schronach ocaleni spalili wszystkie Biblie (może więc również inne święte księgi?) obwiniając je za ten straszny kataklizm. Można w końcu odczytywać ten film jako… zachętę do czytania po prostu.

Uwielbiam kiedy dzieła kultury przemawiają do odbiorcy na poziomie indywidualnym, różnorodnym, zależnym od jego doświadczeń i postaw.

Do mnie bowiem „Księga ocalenia” przemówiła na bardzo osobistym, religijnym poziomie.

Oglądając ten film miałem wrażenie, że w jakimś sensie jest to ekranizacja którejś ze starotestamentalnych ksiąg, księgi Jeremiasza może. Powołanie młodego proroka, który mówi, że przecież jest niedoświadczony, nie wie co mówić ludziom, do których jest sytuacją podobną do tej, przed którą stać musiał Eli. Świat po nuklearnej zagładzie, on w pewnym stanie (nie chcę zdradzać za dużo z fabuły), który dla przeciętnego człowieka byłby raczej powodem rozpaczy i rezygnacji… I nagle słyszy głos, który wyznacza go do misji. Co robi Eli? Zawierza. Pokłada ufność. I przez 30 najbliższych lat trwa w tym stanie.

Konfrontacja z Carnegie, którą obserwujemy na ekranie jest ostateczną próbą. Czy pozostanie wierny i wierzący w tak trudnej, ekstremalnej sytuacji? Czy wybierze słusznie? „Tych, których kocham, doświadczam” – czytamy w Apokalipsie. Eli, ale i cały świat, został mocno doświadczony. Mężczyzna dostaje obietnicę, a jednocześnie sam – dla ludzi pustkowi – będąc obietnicą, nowym Eliaszem (imię głównego bohatera jest tu wyraźną aluzją), wzorem odkupiciela i zbawcy.

„Book of Eli” jest więc filmem o wierze. Nie tylko tej chrześcijańskiej, o czym świadczy choćby jedna z ostatnich scen z Malcolmem McDowell’em. Można również przyjąć, że nie chodzi tu nawet o Boga (choć dla mnie właśnie to jest clue tego filmu), ale o sam fakt wierności, wiary nawet w bardzo niesprzyjających warunkach. A to w dzisiejszych, poglądowo niewyraźnych i „metroseksualnych” czasach opowieść rodem z fantastyki.

I na sam koniec chcę zwrócić uwagę na dwie kwestie, które sprawiają, że ten film jest tak poruszający. Po pierwsze aktorzy. Zarówno główni bohaterowie, jak i gwiazdy drugiego planu (wśród nich wspomniany wyżej McDowell oraz niezwykły Tom Waits) tworzą przestrzeń opowieści o dość niewielkich środkach wyrazu, za to przemawiającą do wyobraźni. Postacie są dobrze zarysowane, pełnokrwiste, przekonujące.

Druga rzecz to muzyka. Genialna, niepokojąca. Nie chcę tu się rozpisywać – posłuchajcie motywu przewodniego.

Dużo napisałem o zaletach tego filmu. Nie jest to jednak obraz wybitny, doskonały. Nie zdobędzie wielu nagród. Ale ponieważ przemówił do mnie bardzo osobiście – nie chcę się tu rozwodzić nad jego wadami. Zobaczcie sami, oceńcie. Może większości z Was wyda się nudnym, moralizatorskim chłamem. A może ktoś z Was przeżyje coś takiego jak ja?

{ 6 komentarze/y… czytaj je poniżej lub dodaj swój }

Angamoss Marzec 2, 2010 o 10:22

A mnie ciekawi coś zupełnie innego. Grałeś w którąś gier z serii Fallout? Bo czytając pierwsze zdanie Twojej notki – Wyobraź sobie świat po nuklearnej zagładzie – od razu pomyślałem – „Fallout!” właśnie. Dla mnie to wzór, od którego każdy film post apo powinien „zacząć”.

Ma coś ten film wspólnego z tymi grami? :) Księgi ocalenia nie widziałem, pierwsza w kolejce jest „Alicja w Krainie Czarów” :) ale jeśli jest w tym coś ciekawego, poza kwestiami religijnymi, które mnie mniej interesują, to czemu miałbym tegoż dzieła nie zobaczyć?:)

Odpowiedz

Dawid Zaraziński Marzec 2, 2010 o 11:27

@Angamoss War, war never changes… (dla niewtajemniczonych: http://www.youtube.com/watch?v=_mcJAI6oRYY). Oczywiście, grałem, to jedna z moich ulubionych serii.

Czy z tymi grami ma coś wspólnego? Na pewno wiele. Choćby pokazując jak ludzie radzą sobie w obliczu takiej tragedii (choć w Księdze Ocalenia jest to raczej niewielki wycinek świata). Dla mnie jednak ta postnuklearna sceneria to przede wszystkim pretekst do opowieści o postawach. Ale może ktoś odbiera go inaczej?

Odpowiedz

Dawid Pacha Marzec 3, 2010 o 14:38

No właśnie Dawid. Ja też się na ten film bardzo mocno nastawiałem i przez te recenzje zupełnie go odsunąłem na bok. Ale kilka dni temu znajomy powiedział, że warto. Twoja recenzja też sprawi, że chyba sobie go zobaczę:). Dzieki.

Odpowiedz

Dawid Zaraziński Marzec 3, 2010 o 17:46

@Dawid, luz :) Ten film jest najlepszym dowodem na to by się zbytnio nie przejmować recenzjami tylko zobaczyć samemu i wyrobić sobie opinię. Jutro na Autora Widmo idę, zobaczymy.

Odpowiedz

paillette Kwiecień 25, 2011 o 23:07

Film może nie dla wszystkich, bo w naszych czasach seriale i komercha są najważniejsze. Film z duszą, z przepięknymi zdjęciami i z nastrojową muzyką. Nie powiem, że jest wybitny, ale ma coś ciekawego w sobie. Mi się bardzo podobał.

Odpowiedz

Dawid Zaraziński Kwiecień 26, 2011 o 07:49

@paillette Dzięki za komentarz! Dla mnie dobrym wyznacznikiem, że jest to świetne kino jest fakt, że co jakiś czas wracam do filmu i za każdym razem przeżywam go podobnie.

Odpowiedz

Zostaw komentarz

Jeśli chcesz by obok Twojego komentarza pojawił się obrazek - stwórz konto w serwisie Gravatar.com