![]() |
Pogoda odbiera mi właściwie ochotę na jakąkolwiek aktywność. Wybaczcie proszę, że ten i być może kilka kolejnych postów będzie nieco niższych lotów, pełnych narzekania, rozczarowania, brzydkich słów itp. Na pierwszy ogień biorę problemy z językiem.
Z naszą znajomością języka okropnie jest. Nie potrzeba nawet drugiego zdania (czyli: bez dwóch zdań). Przeraża mnie to, że kiedyś poprawność językowa i umiejętność „bogatego” wysławiania się oznaczała pewien stan intelektu, poziom kultury, była przedmiotem dążeń i aspiracji. Dziś kto nie porozumiewa się „podwórkowym” („nara”, „zajebiście”, czy obrzydliwy „lachon”) lub „internetowym” (LOL, IMHO) ten jest nudziarz i pozer.
W dużej mierze, niestety, winny jest temu internet. Może nie sam internet nawet tylko możliwość jaką stworzył. Zacytuję w tym miejscu klasyka, Andrzeja Sapkowskiego, który tak w „Narrenturmie” opisuje spotkanie głównego bohatera z niejakim Janem Gutenbergiem, który poszukuje inwestora dla swego epokowego wynalazku:
- Świeckim, nawet tym wykazującym szczątkowy rozum, wystarczą kazania, lekcje, ewangelia niedzielna, wypisy, opowieści i moralitety. A ci całkiem ubodzy duchem niechaj poznają Pismo na jasełkach, miraklach, pasjach i drogach krzyżowych, śpiewając laudy i gapiąc się w kościołach na rzeźby i obrazy. A wy chcecie wydrukować i dać tej ciemnocie Pismo Święte? Może jeszcze w dodatku przetłumaczone z łaciny na język ludowy? żeby każdy mógł je czytać i po swojemu interpretować? (…)
- A bo to też i czasy takie – wybuchnął nagle Justus Schottel – że nic tylko wziąć, spisać jakieś tezy i przybić je, kurważ jego mać, na drzwiach jakiegoś kościoła”.
Kiedy lud dostaje w swe ręce odpowiednie narzędzia zaczyna kombinować. Każdy może być ekspertem, każdy ma coś do powiedzenia, każdy wie najlepiej. Żeby choć jeszcze poprawnie językowo! Nie, po co?! Ale co się dziwić skoro przykład idzie od góry i nawet najjaśniejsza głowa najwspanialszej rzeczypospolitej ma problem z formułowaniem myśli?
A choćby te informacje prasowe, co je dostaję pocztą elektroniczną. Jeśli ja tworzyłbym komunikaty, wysyłał je do różnych redakcji z nadzieją na ich publikację to spaliłbym się ze wstydu gdyby zawierały jakiś błąd. Już nawet nie przecinek (z czym sam mam problemy od dziecięcia), ale ortograficzne byki! Część to później przeprosi, łamiącym się tonem branżowego lizusa pisząc, że chochlik, że „wkradła się pomyłka” itp. Ale reszta – zlew okropny, pozbawiona świadomości i wstydu tłuszcza.
Notorycznie nie umiemy pisać nie z różnymi częściami mowy. Nie potrafimy zbudować zdania wielokrotnie złożonego. Gubimy podmioty i orzeczenia. Nie czytamy tego co wcześniej napisaliśmy.
Rany.
Ale ja się nawet nie dziwię, bijąc się w piersi za własne błędy. I na pewno nie jestem wrogiem tego by każdy mógł sobie tworzyć treści. Gdzie jednak uczyć się poprawności językowej i pewnego rodzaju wrażliwości? Kto ma tego wymagać, czy do tego zachęcać? Niestrudzony prof. Miodek, który jest raczej ciekawostką pokazywaną od czasu do czasu kiedy analizuje słowa typu „zajebiście” lub prof. Bralczyk, postać fascynująca, nie mająca jednak tak wielkiej siły przebicia? W domu – lepiej nie mówić (bo jak już mówić to strach). W telewizji – Doda tańczy na lodzie ze swym rżącym śmiechem i wulgarnością*. W sejmie – lepiej nawet nie wspominać. Skąd mają płynąć wzorce?
Może powinniśmy się skrzyknąć i zrobić jakąś akcje „o poprawność i piękno polszczyzny w internecie”? Macie jakieś pomysły?
A tak ad vocem kilka rad dla błędnych rycerzy chcących poprawić nieco swoją językową świadomość:
- Pisz ręcznie – niech to będzie cokolwiek: dziennik, przepisywanie tekstów, listy do dawnej miłości. Cokolwiek. Co z tego, że już trzylatki świetnie radzą sobie z klawiaturą jeśli potem zapominają jak to jest pisać ręcznie? A to prowadzi do językowego lenistwa, zdawania się na słowniki w edytorach tekstu itd.
- Sprawdzaj wszystkie wątpliwości – nie używaj synonimów jeśli nie jesteś pewny pisowni jakiegoś słowa. Sprawdzaj wszystkie, utrwalaj sobie prawidłową pisownię. I na boga, nie korzystaj w tym celu z Google! Weź do ręki dobry słownik. Tak, taki papierowy.
- Pisz dyktanda – często. Ty też masz okropne wspomnienia z dyktand robionych w szkole? Teraz to nieważne, nikt cię nie będzie sprawdzał i oceniał. Możesz korzystać z rozwiązań online (takich jak choćby dyktanda.net) ale lepiej jeśli poprosisz kogoś kto podyktuje ci tekst.
* Jestem zdania, że trzeba oddzielać wulgarność od hmm… soczystości języka. Miałem w rodzinie taką osobę, która z przeklinania uczyniła sztukę. Nie była przy tym prostacka i wulgarna. Jak mnie coś wkurwia, to wkurwia a nie wkurza, jasne. Ale, no ch..j k..wa, ja pier..lę z tymi przekleństwami – to lekka przesada.

{ 4 komentarze/y… czytaj je poniżej lub dodaj swój }
Zauważyłeś, że obok siebie często występują dwa skrajne zjawiska – totalna ortograficzna porażka oraz chora hiperpoprawność. Jak ktoś walnie byka(forma wp.pl na przykład), to od razu ma gwarantowany najazd innych internautów z tego tytułu, polecą inwektywy i tym podobne miłe rzeczy.
Polemizowałbym w jednej radzie – pisanie ręczne. Tzn. moim zdaniem w szkolnictwie powinien być nacisk na pisanie odręczne, ale już ktoś jest „stary”, niewiele mu to pomoże. To przecież zupełnie inna pamięć ruchów. I tu, i tu zapamiętujemy graficzną postać ortogramu, ale sposób jego zapisu jest kompletnie inny. Z pisaniem na komputerze mam do czynienia od kilku lat i zauważam ciekawe zjawisko – pisząc ręcznie popełniam błędy… które normalnie robię na klawiaturze, np. zamienię kolejność liter, czy zamiast „o” napiszę „p”, bo są blisko siebie.
Nie demonizowałbym tych wszystkich lolów i innych. Grunt, to znać umiar i funkcję takowego. Jak dzieciak napisze lol w wypracowaniu zamiast „zaśmiał się”, to jest problem. Jeśli klepie te lole w komunikatorze i mówi w rozmowie z rówieśnikami, dla mnie problemu nie ma(inna sprawa to fakt, jak te słowa worki wpływają na nasze ogólne umiejętności językowe, ale to już inna broszka).
Cóż, inicjatywy wszelkie, aby poprawić stan ortografii są tyleż szczytne, co naiwne. Bralczyk już wszedł do Internetu(http://www.mojageneracja.pl/4142), ale niestety, pewną miłość do języka trzeba „hodować” od dziecka, na starość to można tylko karać
@Angamoss, dzięki za celny komentarz!
Wiesz, z jednej strony nie można popadać w skrajności. I mi zdarza się używać potocznego i soczystego języka. Chciałem raczej zwrócić uwagę na potrzebę pielęgnowania polszczyzny, poprawności i bogactwa języka – okrutnie brakuje mi tego na ulicy, uczelni, w internecie.
Z drugiej strony jest problem wzorców, a raczej ich braku. I to boli najbardziej. Mało komu zależy, mało kto dba. Może zrobimy taki mini-banerek dla blogerów z napisem w stylu „popieram poprawną polszczyznę” (akcja 3po?
) lub podobnym?
Cóż, dla mnie to walka z wiatrakami, jak już napisałem. Jako polonista(niedyplomowany wprawdzie) coś o tym wiem. Szybko pozbyłem się złudzeń, że MoWy PoKeMoNóW nie da się wyplenić, tak samo jak braku ogonków czy przecinków. Robię to, co mogę – sam piszę gdzie tylko mogę bardzo poprawnie, a błędy stosuję tylko specjalnie(ot, licencia poetica
).
Myślę, że jak już ktoś ma 15 lat, to niewielki odsetek z tychże się nauczy szanować język na nowo. Wzorzec płynie też z góry. Ilu naszych rodziców nie potrafi sklecić sensownego zdania, a o większym tekście nie wspominając? Przecież obecnie pokolenie dorosłych Polaków to w większości – z całym szacunkiem, bo moi rodzice to ta sama grupa – robotnicy co tyrali w prlowskich zakładach po 30 lat. Kiedy mieli czas interesować się językiem?
Ale z drugiej strony – natura zawsze wytworzy jakieś przeciwieństwo. Dla grubych będą to dbający o kondycję fizyczną, dla geeków – kochający życia poza Internetem. Z ortografią jest tak samo i tylko na to liczę, bo całkiem wyeliminować się głąbów nie da
PS może wyłącz moderację komentarzy, wtedy dyskusja będzie zdecydowanie płynniejsza
@Angamoss, może walka z wiatrakami, pewnie nawet na pewno. Ale czy to znaczy, że nie warto? Może powinniśmy wrócić do filozofii pracy u podstaw?
PS. Moderacja próbnie wyłączona
{ 1 trackback }