Filmy mają opowiadać historie, zaciekawiać widza, sprawiać by wczuwał się w opowieść, przeżywał ją i myślał o niej. Kino – nawet te hollywoodzkie, rozrywkowe, które przecież również spełnia bardzo istotne funkcje kulturalne – powinno być czymś więcej niż tylko zbiorem drogich, wizualnych sztuczek. I na boga, nie może traktować widza jak idioty.
Widziałem w tym tygodniu dwa blockbustery, mające ze sobą wiele wspólnego produkcje, które na długo przed swoją premierą były wyczekiwane i poddawane intensywnej marketingowej obróbce. Pierwszy z nich okrzyknięto mianem rewolucyjnego i wizjonerskiego. Drugi z takim reżyserem, po którym spodziewać można było się wybuchowej mieszanki, musiał być niespodzianką. „Avatar” Jamesa Camerona i „Sherlock Holmes” Guya Ritchiego.
Co łączy te dwa filmy? Hollywood i tamtejsza filozofia robienia filmów. Oba są wielkimi widowiskami, oba były oczekiwane i dyskutowane na długo przed premierą. Oba odniosły finansowy i frekwencyjny sukces (choć oczywiście Avatar ma tu o wiele większe osiągnięcia – zarobił już ponad 1,6 mld dolarów!). Z mniej lub bardziej gwiazdorską obsadą (zdecydowanie na korzyść Holmesa, choć brak pierwszoligowych gwiazd wyszedł Avatorowi na dobre), z mniej lub bardziej wyszukanymi efektami specjalnymi (zob. artykuł i wideo jak powstał Avatar) mogły przyciągnąć podobnego widza – szukającego widowiskowej rozrywki w znajomych klimatach. Nawet długością projekcji są zbliżone.
Są to jednak produkcje tak odmienne, tak dalekie od siebie, że jako widz – aż nie mogę się temu nadziwić. Dlaczego?
Avatar jest jak galaretka. Jest słodki, kolorowy i przynosi ciekawe doświadczenia podczas jedzenia. Jest jednak jak galaretka nudny, nie pozostawiając spożywającemu zbyt wielu możliwości konsumpcji.
Sherlock Holmes jest jak zapiekanka robiona przez przyjaciółkę. Niby nie jest to wyszukana potrawa, ale po pierwsze dziwisz się odnajdując w niej nowe składniki, po drugie ładnie wygląda (ale nie narzucając się), po trzecie wreszcie – wiesz, że przyjaciółka zrobiła ją specjalnie dla Ciebie. Ona wie, że lubisz zapiekanki. No i poza tym lubi Ciebie…
Avatar mnie zdenerwował. Inaczej wyobrażałem sobie ten film. Oczywiście nie spodziewałem się kina moralnego niepokoju, ale to co zobaczyłem wprawiło mnie w osłupienie. Po tak wielu zachwytach, z bardzo wysoką oceną w serwisach takich jak Filmweb, można było oczekiwać rozrywki na wysokim poziomie.
Tymczasem ten film po prostu mnie znudził. Jasne, warto go zobaczyć w kinie 3D (ale czy naprawdę to taka rewolucja?), na DVD będzie po prostu kolejnym kiepskim obrazem zrealizowanym za obrzydliwie duże pieniądze.
Oglądając go bardzo szybko zdałem sobie sprawę, że muszę wyłączyć myślenie. Historia jest banalna, finał trywialny i po prostu głupi. W tym filmie nie ma nic czego nie widziałbym wcześniej, to najgorszej jakości kalka z pomysłami rodem z Pocahontas (z utęsknieniem czekam na dobre sci-fi, w którym obcy będą mięli pięć płci i skomplikowane stosunki społeczne) . Skąd więc zachwyty? Czy nasza filmowa wrażliwość spadła już do takiego poziomu, że nie przeszkadza nam, że twórcy podają nam wszystko na lśniącej tacy z zerową wiarą w naszą inteligencję?
Na tym tle jakże inny okazał się Sherlock Holmes! To wciąż widowiskowa hollywoodzka produkcja. Ale od pierwszej do ostatniej sekundy filmu jako widz jestem zaangażowany w opowiadaną historię. Jasne, opowieść nie przypomina powieści Dostojewskiego, ale nie o to też chodzi. Richie, jeden z moich ulubionych reżyserów (twórca m.in. genialnych Porachunków, jeszcze lepszego Przekrętu, bardzo dobrej Rock’N’Rolli), nie ma ciśnienia na całkowite wywrócenie do góry nogami opowieści o najbardziej znanym detektywie świata. Owszem, jego Holmes jest inny niż do tej pory przedstawiany. Ale to wciąż Holmes i w tym sensie bliżej mu do detektywa Monka niż Ace’a Ventury.
Film Richiego ma w sobie akcję, dużo akcji. Ma też efekty specjalnie i własny, sztucznie stworzony świat (Londyn z budującym się Tower Bridge). Nie narzucają się one jednak widzowi jak w Avatarze, nie koncentrują na sobie jego uwagi. Podobnie jak sceny walk – są one dodatkiem, smaczkiem filmu, a nie jego esencją.
Najważniejszą przewagą Holmesa nad Avatarem jest jednak podejście do widza. Jak pisałem, podczas Avatara czułem się jak idiota. Holmes zaś nieustannie puszczał do mnie oko, z poczuciem humoru (tak ważnym w twórczości Richiego, którego zupełnie nie było u Camerona) nawiązywał do utartej w naszej świadomości wizji detektywa. Sherlock (gra go Robert Downey Jr., doskonały wybór) jest tu oczywiście zabójczo inteligentny (a można było go przecież przedstawić jako idiotę opierającego się na geniuszu swojego pomocnika), ale przy tym trochę niezdarny w kontaktach społecznych (zwłaszcza kobiecych), ekscentryczny i rozbrajająco przywiązany do swojego przyjaciela. To wciąż jednak Sherlock Holmes, jakiego można sobie wyobrazić czytając Arthura Conan Doyle’a.
No właśnie, doktor Watson (znakomity Jude Law). Nie jest tu powolnym ofermą, ale równym Holmesowi kompanem w pracy i przyjaźni. Jest równie jak on sprawny fizycznie. Inteligencją ustępuje Sherlockowi zaledwie o krok. Na jego postępowanie ma wpływ zarówno fakt bycia weteranem wojny w Afganistanie, jak i planowane małżeństwo. No i wierna przyjaźń z Sherlockiem.
Podsumowując. Jeśli macie ochotę na lekką przyjemność, efektownie podaną, ale bez żadnej wartości odżywczej – wybierzcie się na Avatara. Koniecznie do kina 3D, bo to 90 proc. jego wartości. Jeśli chcecie dobrze się bawić, pośmiać i lubicie kryminalne zagadki w lekkim sosie – zobaczcie Sherlocka Holmesa. Oba filmy nie są pozbawione wad, ale w Sherlocku nie mają one wielkiego znaczenia – wybacza się je dostając w zamian rozrywkę na najwyższym poziomie.
Spodobał Ci się ten tekst? Bardzo się cieszę! Może powiesz o nim swoim znajomym lub dodasz do swojego ulubionego serwisu? A może chcesz bym napisał coś dla Ciebie? Daj znać :)

{ 1 trackback }
{ 0 komentarze/y… dodaj komentarz }