Styczeń 2010

iPad-Szrajpad: rozczarowanie z logo Apple

iPad. Tablet Apple. Zapowiadany, dyskutowany, wywołujący blogową gorączkę. Prawie mityczny. Ale już jest i… no właśnie i co z tego? Czy będzie to pozycja, która ma szansę podbić serca użytkowników? Czy – jak chcą niektórzy – zrewolucjonizuje rynek urządzeń przenośnych, ebooków (i egazet) oraz konsumpcję rozrywki?

Nie chcę tu opisywać specyfikacji iPad’a. Pisałem już o tym dla e-biznes.pl i tam zainteresowanych odsyłam. Najważniejsza w tym wszystkim jest chyba cena urządzenia – od 499 dolarów za najtańszą wersję do 829 dolarów za najdroższą (w Polsce ile? 2-3 tysiące?). To może być bardzo mocny atut w rękach Apple. Szczególnie na rynku amerykańskim. Magia firmy + atrakcyjna cena = popularność?

iPad jest czymś pomiędzy netbookiem a smartfonem. Właściwie jest rozbudowanym iPhone’m z dodatkowymi funkcjami. I w moim odczuciu urządzeniem sprawdzającym się wyłącznie jako drugi (przenośny) komputer, dodatkowo jeszcze o wiele bardziej dla użytkowników Maców (podobnie jak iPhone). Poza tym chyba jest jednak większym rozczarowaniem niż zaskoczeniem. Nie zrozumcie mnie źle – to może być naprawdę dobry sprzęt. Moje (i myślę, że nie tylko moje) oczekiwania i wyobrażenia na temat jak takie urządzenie powinno wyglądać by było dla mnie użyteczne wyglądały jednak inaczej.

Czytaj dalej

Lookin’ like a fool with your pants on the ground – o kolejnym hicie zza oceanu

Miks telewizji i internetu nierzadko daje mieszankę wybuchową. Chociażby w tworzeniu i masowym dystrybuowaniu treści, które poprzez swój humor lub kontrowersje jakie wzbudzają, szybko zyskują miano „kultowych”. Zdarza się, że na krócej lub dłużej goszczą w naszej codzienności, zwłaszcza w języku (czy nie jest tak choćby z „no to frugo”, czy „takie rzeczy to tylko w erze”?).

Dużą szansę na taką zawrotną karierę ma hasło „Pants on the Ground”. Pojawiło się kilka tygodni temu w amerykańskim „Idolu”, zaprezentowane w piosence 62-letniego „Generała” Larry’ego Platt’a. Zresztą, zobaczcie sami.

Czytaj dalej

Avatar versus Sherlock Holmes albo doświadczenie kulinarne

Filmy mają opowiadać historie, zaciekawiać widza, sprawiać by wczuwał się w opowieść, przeżywał ją i myślał o niej. Kino – nawet te hollywoodzkie, rozrywkowe, które przecież również spełnia bardzo istotne funkcje kulturalne – powinno być czymś więcej niż tylko zbiorem drogich, wizualnych sztuczek. I na boga, nie może traktować widza jak idioty.

Widziałem w tym tygodniu dwa blockbustery, mające ze sobą wiele wspólnego produkcje, które na długo przed swoją premierą były wyczekiwane i poddawane intensywnej marketingowej obróbce. Pierwszy z nich okrzyknięto mianem rewolucyjnego i wizjonerskiego. Drugi z takim reżyserem, po którym spodziewać można było się wybuchowej mieszanki, musiał być niespodzianką. „Avatar” Jamesa Camerona i „Sherlock Holmes” Guya Ritchiego.
Avatar jest jak galaretka. Jest słodki, kolorowy i przynosi ciekawe doświadczenia podczas jedzenia. Jest jednak jak galaretka nudny, nie pozostawiając spożywającemu zbyt wielu możliwości konsumpcji.

Sherlock Holmes jest jak zapiekanka robiona przez przyjaciółkę. Niby nie jest to wyszukana potrawa, ale po pierwsze dziwisz się odnajdując w niej nowe składniki, po drugie ładnie wygląda (ale nie narzucając się), po trzecie wreszcie – wiesz, że przyjaciółka zrobiła ją specjalnie dla Ciebie. Ona wie, że lubisz zapiekanki. No i poza tym lubi Ciebie…

Czytaj dalej

Wszyscy kochamy FarmVille…

Nie wiem jak Wy, ale ja im więcej czasu spędzam na Facebooku, tym bardziej go lubię. Kiedy już przyzwyczaiłem się do jego dość skomplikowanego (takie było moje pierwsze wrażenie) interfejsu, kiedy wiem już mniej więcej co jest gdzie, korzystanie z Twarzoksiążki jest bardzo przyjemnym doświadczeniem, tak różnym od konsumowania treści z Waszej-Klasy chociażby.

Jest jednak sprawa, która męczy mnie od samego początku: bzdurne aplikacje, a właściwie komunikaty z osiągnięć znajomych, które pojawiają się w moich aktualnościach. Sposób na poradzenie sobie z tym jest jednak dość prosty – wystarczy (tak jak na grafikach poniżej) po prawej stronie kliknąć opcję „ukryj”, a następnie „ukryj nazwa aplikacji” – już więcej nie będziemy męczeni powiadomieniami z takich wątpliwej jakości zabaw.

Jest jednak sprawa, która męczy mnie od samego początku: bzdurne aplikacje, a właściwie komunikaty z osiągnięć znajomych, które pojawiają się w moich aktualnościach. Sposób na poradzenie sobie z tym jest jednak dość prosty – wystarczy (tak jak na grafikach poniżej) po prawej stronie kliknąć opcję „ukryj”, a następnie „ukryj nazwa aplikacji” – już więcej nie będziemy męczeni powiadomieniami z takich wątpliwej jakości zabaw.

Czytaj dalej