Wczorajszy wieczór spędziłem w miłym towarzystwie Magdy i Marka (dzięki!). Jednym z kluczowych punktów spotkania był seans w kinie Rejs. Bardzo ciekawił mnie wybrany film, miałem wobec niego wysokie oczekiwania. I nie zawiodłem się. „Dom zły” Wojtka Smarzowskiego to bez wątpienia jeden z najbardziej wstrząsających i najważniejszych obrazów ostatnich lat w polskim kinie.
Nie chcę Wam zdradzać fabuły, nie chcę psuć tego napięcia i emocji. A wierzcie mi – są naprawdę ogromne. Każdy moment filmu, nawet ten w którym dzieją się rzeczy na pozór zabawne, jest zapowiedzią kolejnego katastrofy, nieuniknionej tragedii, która łączy wszystkich bohaterów. To sprawia, że „Dom zły” trudno zakwalifikować do jednego gatunku; jest tu i dramat, i thriller, kryminał i groteska.
W filmie, którego klamrą jest makabryczna zbrodnia mieszają się plany – zarówno czasowy (ponurej jesieni 1978 roku, kiedy miało miejsce morderstwo i srogiej zimy 1982 roku podczas milicyjnej wizji lokalnej), jak i filozoficzno-społeczne (Smarzowski stawia pytania o grzech, zdradę, sumienie, przetrwanie; udziela również odpowiedzi, które nie brzmią optymistyczne). To jednocześnie opowieść o „tamtych” czasach, o ohydzie, która łamała ludzi czyniąc ich pozbawionymi jakiejkolwiek moralności hienami, o gównie historii, w którym umarzani są wszyscy bohaterowie – łącznie z Porucznikiem Mrozem (Bartłomiej Topa), którego bardziej niż polityka interesuje (jak się zdaje) dojście do prawdy (szybko jednak pojawi się pytanie o to, czy coś takiego w ogóle istnieje i czy ma jakikolwiek sens).
W warstwie fabularnej to naprawdę wielkie kino. Podobną laurkę filmowi można wystawić jeśli chodzi o warsztat. „Dom zły” jest przepięknie nakręcony (to głównie zasługa Krzysztofa Ptaka), całość napiętej atmosfery buduje skutecznie muzyka Mikołaja Trzaski.
„Dom zły” polecam z całego serca.