Prawie jak manifest edukacyjny

18/10/2009 · 0 comments

Atlas, it's time for your bath
Creative Commons License photo credit: woodleywonderworks

Do napisania tego tekstu zamierzałem się od dawna. By go w końcu popełnić nadarzył się dla mnie pretekst idealny – rozpoczynam studia doktoranckie. To dla mnie szalenie istotne wydarzenie, mające wpływ nie tylko na to co robię, ale również – kim jestem. Będzie więc trochę prywaty, będą wzniosłe słowa. Wybaczcie.

Nie będę oszukiwał – ten tekst jest przede wszystkim dla mnie. Bym za jakiś czas mógł na niego spojrzeć i dokonać rachunku sumienia. Zdać relację z realizacji jego postulatów.

jak było?

Zaczynam studia doktoranckie. To początek spełniania marzenia, którym żyłem od kilku lat. Studia, choć niewątpliwie będą jedną z najważniejszych przygód w moim życiu, są raczej środkiem do celu niż celem samym w sobie.

Moim największym problemem była od zawsze odpowiedź na pytanie: co chcę robić w życiu? Dwie lewe ręce do domowych robótek i mechanicznej dłubaniny, wrodzona niechęć do sportowego współzawodnictwa, niespełniona miłość do przedmiotów ścisłych – nie stanowiły dobrego fundamentu do znalezienia rozwiązania. Prawie jedynymi pewnikami była fascynacja wytworami kultury, a zwłaszcza książkami, których tysiące zalegają z dumą na moich półkach oraz umiejętność dość sprawnego operowania słowem.

Z tej niepewności zrodził się dość naturalny chyba wybór studiów. Zdawałem na dziennikarstwo i polonistykę. Dziś żałuję, że wybrałem dziennikarstwo, choć z drugiej strony, kto wie, czy miałbym wtedy szansę na rozpoczęcie mojej ukochanej socjologii?

Szybko okazało się, że świat akademicki kusi mnie swym rytmem. Nie mam tu na myśli „studiowania”, rozumianego przez pryzmat odwiedzonych klubów i zaliczonych imprez. Myślę raczej o procesie przekazywania wiedzy, o możliwościach twórczego rozwoju, jakie szkolnictwo powinno (może) stwarzać.

Zadziałała we mnie jednocześnie heglowska zasada: tezą były i są moje wyobrażenia na temat tego, jak powinna wyglądać edukacja i tego, jak ja potrafiłbym odnaleźć się w tym systemie; antytezą była zdecydowana większość wykładów i ćwiczeń, na które uczęszczałem (poza nielicznymi, ale wspaniałymi wyjątkami większość z nich, zwłaszcza chyba te najbardziej mnie interesujące, były prowadzone w nudny, mierny i irytujący sposób). Syntezą zaś okaże się to, co uda mi się wypracować. Bo z buntu przeciwko jakości mojej własnej edukacji zrodziła się odpowiedź na najważniejsze dla mnie pytanie: wiem, że chcę zajmować się edukacją, a zwłaszcza – dydaktyką.

jak jest?

Po skończeniu studiów magisterskich splot korzystnych przypadków życiowych poprowadził mnie na drogę pracy zawodowej w dziedzinie, która chyba stała się dla mnie niczym wieczny tatuaż, mimo że wzbraniałem się przed nią dość mocno. Rozpocząłem pracę w wydawnictwie, najpierw jako dziennikarz branżowego miesięcznika, później jego redaktor prowadzący.

Jednocześnie rozpoczęła się moja przygoda z działalnością online. Jej początkiem było nawiązanie współpracy z serwisem e-biznes.pl, która trwa owocnie do dziś, a z czasem usamodzielnienie się i rozpoczęcie własnych projektów.

Ma to znaczenie dla tej opowieści z dwóch powodów. Po pierwsze postanowiłem odpocząć rok od akademickiego świata, nabrać trochę dystansu i może przemyśleć wszystko dokładnie. Po drugie – pozwoliło mi zająć się praktyczną stroną tego, o czym chcę uczyć. Nie wyobrażam sobie dziś opowiadać o marketingu w mediach społecznych, znając zagadnienie jedynie z książek (nielicznych zresztą), bez praktycznej znajomości i wykorzystywania tego zagadnienia we własnym biznesie.

Minął rok i trzeba wracać… Proces rekrutacyjny na jednej z uczelni jeszcze trwa, nie chcę więc zdradzać gdzie finalnie „wyląduję”, ale na jednym z warszawskich uniwersytetów już rozpocząłem studia. Doktorat chciałbym pisać z socjologii komunikowania, trudno mi jednak precyzować liczne pomysły bez konsultacji z opiekunek naukowym. Jak będę miał temat, chętnie podzielę się z Wami pomysłami, licząc również na Waszą pomoc.

jak być powinno?

Dziś wydaje mi się, że znalazłem odpowiedź na moje pytanie. Nie jestem jednak naiwny – zdaję sobie sprawę, że by mieć pewność, muszę tej pracy spróbować. Muszę zanurzyć się w świat sformalizowanych wymagań, biurokracji, niejednokrotnie tępego uporu chcących zachować mierny status quo i wiecznie niesatysfakcjonujących wynagrodzeń. Muszę sprawdzić się w ogniu grupy uczniów czy studentów, w której obok jednostek chcących czegoś więcej i wymagających od siebie, „wegetuje” większość wykazująca bierność lub agresywność. Muszę wejść w system. By podważyć system.

Chcę zostać najlepszym nauczycielem/naukowcem jakim mogę być. Chcę wymagać od siebie przede wszystkim i proporcjonalnie do tego – od innych. Chcę otwierać umysły i zdawać pytania, zamiast zamykać je w jednej prawdzie objawionej i wielkim kłamstwie propagandy. Chcę – na ile to będzie możliwe – pisać i mówić o kulawym systemie edukacji, o niebezpiecznej złudzie nauczania powszechnego, matury dla wszystkich i tzw. boomu edukacyjnego. O zatraceniu ducha universitas. Chcę przywracać blask zmatowiałym dyplomom. Chcę w końcu pomagać w odrodzeniu inteligencji – zarówno tej w wymiarze społecznym, jak i w indywidualnym, intelektualnym.

To naiwne, ktoś powie, dziecinne i głupie. Być może. Jeśli jednak nie stawiać sobie wysokich celów, nie sięgać gwiazd, nie myśleć o wszechświecie, jak inaczej być możliwie najlepszym? Zgadzać się na beznadziejność i – co gorsze – bylejakość systemu? Nie chcę i nie mogę. Jeśli uda mi się wypracować choć procent tego, co sobie zakładam, to wiedząc, że więcej osiągnąć nigdy bym nie zdołał – będę spełniony. Jeśli swoim entuzjazmem i buntem przeciwko głupocie zarażę choć jednego, czy dwóch – to będzie mój największy sukces.

Mam szczerą nadzieję, że się spełni, że uda się pójść tą drogą. Że za kilka lat będę przyjmował w swoim gabinecie studentów, którzy pytać mnie będą o wskazówki w swoich poszukiwaniach, że moi uczniowie będę mnie szanować za to, że jestem względem nich szczery i uczciwy. I choć zajęcia ze mną nie należeć będą do najłatwiejszych i trudno będzie im przyczepić etykietę „zalicz-zapomnij”, to nigdy nie sprawdzając listy obecności będę miał pełną salę osób, które będą chciałby wybierać się w intelektualną podróż razem ze mną.

Chyba, że odpowiedź na pytanie: czy to jest właśnie to, co chcę robić? będzie negatywna. Ale martwić się tym będę jeśli zajdzie taka potrzeba.

I tyle tego dobrego. Będę czytał to regularnie, co rok, dwa może. I mam nadzieję, że tekst ten, tak emocjonalny i prosty, nie będzie moim wyrzutem sumienia, ale raczej kamieniem węgielnym pod stabilną i użyteczną dla dobra wszystkich budowlę.

Dodaj wpis do:
  • email
  • del.icio.us
  • Tumblr
  • Technorati
  • Facebook
  • Twitter
  • Add to favorites
  • Google Bookmarks
  • Gwar
  • Wykop

Spodobał Ci się ten tekst? Bardzo się cieszę! Może powiesz o nim swoim znajomym lub dodasz do swojego ulubionego serwisu? A może chcesz bym napisał coś dla Ciebie? Daj znać :)

Leave a Comment

Jeśli chcesz by obok Twojego komentarza pojawił się obrazek - stwórz konto w serwisie Gravatar.com