Do napisania tego tekstu zamierzałem się od dawna. By go w końcu popełnić nadarzył się dla mnie pretekst idealny – rozpoczynam studia doktoranckie. To dla mnie szalenie istotne wydarzenie, mające wpływ nie tylko na to co robię, ale również – kim jestem. Będzie więc trochę prywaty, będą wzniosłe słowa. Wybaczcie.
Nie będę oszukiwał – ten tekst jest przede wszystkim dla mnie. Bym za jakiś czas mógł na niego spojrzeć i dokonać rachunku sumienia. Zdać relację z realizacji jego postulatów.
jak było?
Zaczynam studia doktoranckie. To początek spełniania marzenia, którym żyłem od kilku lat. Studia, choć niewątpliwie będą jedną z najważniejszych przygód w moim życiu, są raczej środkiem do celu niż celem samym w sobie.
Czytaj dalej
Kiedy jakieś półtora roku temu zaczynałem swoją przygodę z tym serialem myślałem – boże, kolejna babska produkcja o ckliwych przygodach w idealnym, amerykańskim świecie. Jednak już po pierwszym odcinku mój pogląd zmienił się diametralnie. Wczoraj obejrzałem ostatni, finałowy odcinek serialu. I nie wstydzę się przyznać – ze smutkiem i łzami wzruszenia w oczach.
Bo mówię Wam, „Gilmore Girls” („Kochane kłopoty”) to jeden z najciekawszych seriali jakie widziałem.
Zacznę może od opisu dystrybutora DVD z pierwszym sezonem serialu:
Witamy w Nowej Anglii, w małym miasteczku Stars Hollow w stanie Connecticut. Rok założenia 1779. Liczba ludności 9,973. A wśród nich 32-letnia Lorelai i jej 16-letnia córka Rory. (…) Lauren Graham wcieliła się w rolę błyskotliwej Lorelai, menedżera hotelu Independence Inn, matkę Rory (Alexis Bledel), a zarazem jej najlepszą przyjaciółkę. Jest powierniczką wszelkich zmartwień córki i za wszelką cenę chce uchronić ją od popełniania błędów, jakie sama zrobiła w młodości.
Rozumiecie teraz moją początkową reakcję? Myślałem, że to będzie kolejna amerykańska tandeta. Namówiony jednak przez żonę, która wcześniej widziała część serialu w polskiej telewizji, obejrzałem i… wciągnąłem się na dobre!
Czytaj dalej