![]() |
Czytanie książek było od zawsze jednym z moich ulubionych zajęć. Czytałem od dziecka, a moim trzecim rodzicem był Karol May, który – nie ma w tym przesady – poprzez swoje barwne, choć nieskomplikowane historie, w znacznym stopniu mnie ukształtował. Pisałem już zresztą o tym na blogu i jeszcze pewnie napiszę nie raz…
Żyjemy w digitalnym świecie. Szleją mikroblogi, prasa podobno umiera, w telewizji tańczą na lodzie. Jest tak wiele rzeczy do robienia, po co więc komu książki? Jak i czy warto znaleźć na nie czas?
O tym, dlaczego warto czytać napisano już… książki. Nie chcę tego powtarzać. Czasami warto jednak do sprawy podejść nieco bardziej pragmatycznie, niekoniecznie wykrzykując z perspektywy oblężonej twierdzy: czytajcie książki, do cholery, bo telewizja i internet to Zło!
Zastanawiam się więc – po co komu książki i mam tu na myśli prozę, fikcję, beletrystykę, a nie książki branżowe, po które sięgamy z racji rozwijania zawodowych kompetencji. Może warto zrobić sobie taką listę argumentów przemawiających za czytaniem (nawet pomimo tego, że na Blipie toczy się ciekawa dyskusja pod tagiem #bułka, a TVN24 relacjonuje właśnie pierdnięcie najstarszego Polaka).
Po pierwsze – czytanie rozwija. OK, brzmi tragicznie. Ale prawdą jest, że czytając prozę stajemy się bardziej twórczymi. Dobra proza to pompki i brzuszki dla naszej wyobraźni. Czytając poznajemy nowe punkty spojrzenia na świat, życie i pracę. Czasem bohaterowie powieści są tak do nas podobni (lub tak od nas różni), doświadczają zbliżonych (bardzo nam obcych) sytuacji i podejmują decyzję, na które byśmy nie wpadli – zawsze jest to bardzo osobiste doświadczenie.
Powieści opowiadają historie, to ich główny cel. A opowieści nie znajdziesz na Twitterze, ani na Facebooku, ani w Naszej-Klasie (chociaż tu można się spierać, bo jakie bajki tam ludzie tworzą…). Nie ma w nich wspaniałych opowieści, dziejących się poza naszą wyobraźnią.
Jeśli pracujesz w branży, w której liczy się kreatywność, na przykład jesteś blogerem, działasz w reklamie lub zajmujesz się grafiką, wiesz dobrze, że dobry pomysł bywa często zmienną, która sprawia, że ten sam projekt balansuje na granicy szmiry i arcydzieła. Tego uczy fikcja literacka. Nagłe zwroty akcji, budowanie napięcia, wielowymiarowi bohaterowie – gdzie szukać lepszej inspiracji?
Ale nie chodzi jedynie o poszukiwania natchnienia. Dobre książki mogą być również pomocne w naszych życiu towarzyskim. Z jednej strony, wzbogacają nasze słownictwo (coś poza: taaa… eee… no… fajnie…), ułatwiając wywieranie pozytywnego wrażenia. Niekoniecznie chodzi mi o używanie wydumanych zwrotów, które przeradzają się w bełkot – warto jednak posiadać zasób słownictwa większy niż dwa tysiące podstawowych zwrotów.
Z drugiej zaś strony, powód, dla którego warto czytać to status osoby oczytanej. Wiem, że w niektórych kręgach wiedzieć kto to James Joyce to obciach, ale w większości przypadków działa to na naszą korzyść.
Ludzie oczytani są lepiej postrzegani, jako osoby inteligentniejsze i kulturalniejsze. Umiejętność swobodnej konwersacji na temat „Buszującego w zbożu” lub ostatnich czytelniczych bestsellerów może być świetnym narzędziem sprawiania pozytywnego pierwszego wrażenia. Oczywiście działa to w dwie strony. Jeśli będziemy się przechwalali, że znamy wszystkie książki Harper Lee – wyjdziemy na imbecyli. Podobnie jeśli zaczniemy ze znawstwem rozmawiać o bohaterach, których znamy ze szkolnych opracowań.
Książki zapewniają stosunkowo tanią rozrywkę (chyba, że tak jak ja nałogowo kupujecie książki – jestem uczulony na ich wypożyczanie – i czytacie około 80-100 pozycji rocznie, co pomnożone przez 30 zł średnio za książkę daje… boże… dużo). Mają również tą zaletę, że pozwalają na oderwanie się od męczącej rzeczywistości. Dobra proza jest jak podłączenie do Matrixa. Przeżywam to, co czytam i choć na chwilę przestaję się przejmować tzw. bieżączką. A po powrocie mój umysł jest zdecydowanie odświeżony.
Tak, łatwo ci powiedzieć - powie ktoś z Was – wiadomo, że czytanie jest fajne, ale kiedy znaleźć na nie czas? Owszem to dość poważny problem. Ale odpowiedź jest banalnie prosta. Wyłącz telewizor, komputer, wyloguj się z Facebooka, zostaw CounterStrike’a. Zajmij wygodną pozycję na ulubionej wersalce/fotelu/toalecie/trawie i zacznij. Jeśli potrzebujesz dodatkowej motywacji, ustal sobie dzienny pułap – na przykład: chcę każdego dnia przeczytać min. 30, 50, 100 stron. W moim przypadku sprawdza się to wyśmienicie. Zawsze noś książkę przy sobie. Czytaj w tramwaju, w kolejce, w poczekalni.
Czytanie dobrej prozy uzależnia. Jest to chyba jedno z najzdrowszych uzależnień. Mnie ostatnio pochłania King, sięgnąłem po „Rękopis znaleziony w Saragossie”, a przede mną „Hyperion”. Nie wszystkie książki podobają mi się jednakowo. Staram się jednak szanować swój czas i wybierać dobrą prozę.
Podzielcie się swoimi refleksjami. Znajdujecie czas na czytanie? Co lubicie najbardziej? Może macie jeszcze jakieś argumenty z tym dlaczego w internetowym świecie warto zatrzymać się nad oldskulowymi historiami?
Spodobał Ci się ten tekst? Bardzo się cieszę! Może powiesz o nim swoim znajomym lub dodasz do swojego ulubionego serwisu? A może chcesz bym napisał coś dla Ciebie? Daj znać :)

