O matematyce, edukacji i mierności

06/07/2009 · 3 komentarze/y

Free Child Playing Hopscotch 10 Creative Commons
Creative Commons License photo credit: Pink Sherbet Photography

Jeśli mogę napisać, że są rzeczy, których żałuję w odniesieniu do własnej edukacji – to brak gruntownego wykształcenia opartego na przedmiotach ścisłych, zajmuje pierwszą pozycję na takiej liście.

Jestem dzieckiem swojej epoki. Epoki, w której matematyka jest traktowana jak straszak, a fizyka to najnudniejszy/najstraszniejszy przedmiot. Jestem dzieckiem czasów, w których wizja egzaminu maturalnego z matematyki przyprawiała o łzy i zapewnienia, że „to już nasz koniec”. W których za hasło „matematyka jest piękna” można na stałe trafić na oddział osób sympatycznych, ale nieco ekscentrycznych (lub dziwaków, jeśli jesteś niezamożny).

Umasowienie to największa tragedia edukacji. Jego najbardziej jaskrawym przykładem jest oczywiście matura, której istota została zupełnie wypaczona poprzez fakt, że wszyscy ją zdają (podchodzą i zaliczają). Czym jest dzisiaj matura? Jaki jest jej sens? Śmiem twierdzić, że żaden. Ot, po prostu kolejny egzamin, który trzeba zdać, jak nie za pierwszym razem to za drugim. Upierdliwy i tyle.

Ale matura to zaledwie preludium do prawdziwego horroru. Studia wyższe, które powinny kształcić intelektualną elitę (piszę to bez żadnej złośliwości, czy lekceważenia osób, które po prostu nie mają odpowiednich predyspozycji by się w niej znaleźć – nie wszyscy muszą być magistrami), kształcą młotków, chamów, cwaniaków. Poziom kształcenia dopasowany do średnich możliwości studentów obniżył się tak diametralnie, że przejście przez pięć lat wyższej edukacji bez napisania choć jednego twórczego zdania (opierając się na plagiatach, systemie kopiuj-wklej itd.) nie wydaje się wcale tak trudnym, ani rzadkim osiągnięciem.

Poczet prywatnych „szkół wyższych” (choć to znaczne uproszczenie – nietrudno znaleźć przykłady prywatnych instytucji, które kształcą na wysokim poziomie; należą jednak do zdecydowanej mniejszości), kształcących poczet (quasi) socjologów, ekspertów od marketingu i administracji, specjalistów w dziedzinie turystyki i rekreacji oraz – pożal się boże – informatyków zalewa kraj pod szczytnym płaszczykiem idei edukowania społeczeństwa. Wina leży oczywiście zarówno po stronie marnych studentów, jak i kiepskiej kadry nauczycieli oraz pracodawców, dla których – w większości – nie liczy się to co człowiek umie, ale to czy ma wyższe wykształcenie.

Ameryki oczywiście tu nie odkrywam. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na szczególny przejaw głębokiego kryzysu polskiej edukacji – a mianowicie stosunku do tzw. przedmiotów ścisłych, a zwłaszcza matematyki.

Już od najwcześniejszych lat edukacji matematyka jest „tym gorszym”. Staje się postrachem, groźbą, złym snem młodych uczniów i studentów. Jej największą „winą” jest to, że jest obiektywnie wymagająca* – wymaga pracy, ćwiczeń, dyscypliny, logiczności. Jest przyczynowo-skutkowa, ma jasno określone zasady i prawa. Ale nie ma litości dla cwaniactwa, lenistwa, krętactwa (choć promuje bystrość umysłu) – stąd problemy jakie może robić osobom o życiowej filozofii „jakoś to będzie” i „oby zaliczyć”.

Piękno matematyki leży właśnie w jej strukturze. Jest dla mnie jak lustro, w którym można się przejrzeć i dowiedzieć kilku ciekawych i prawdziwych rzeczy o sobie samym. Nawet jeśli to zabrzmi sztucznie: to myślę, że nasz stosunek do matematyki mówi wiele o tym, jakimi jesteśmy ludźmi. Nie tylko w tym sensie matematyka ma wiele wspólnego z muzyką.

O bardziej praktycznych skutkach „analfabetyzmu matematycznego” nie będę pisał. Nie chciałbym tu bowiem powielać tez i analiz Bartosza Stawiarskiego, który w świetnym tekście „Miliardowe rachunki za analfabetyzm matematyczny” pisał o podobnych sprawach, z dużo większą i lepszą znajomością tematu. Zapraszam Was do lektury.

Polską edukację, o tak wspaniałych tradycjach, toczy rak mierności, bylejakości. To chyba największy problem i wyrzut sumienia wielkiej narodowej transformacji.

* relatywnie wymagające są takie przedmioty jak np. język polski, który stawia bardziej na kreatywne, indywidualne podejście niż łatwo mierzalne mierniki wiedzy – kto z nas nie wybronił się z jakieś lektury w ogóle jej nie czytając? ;)

{ 1 komentarz… czytaj go poniżej lub dodaj swój }

Mateusz Lipiec 8, 2009 o 22:56

Z reguły wygląda to tak, że nikomu nie zależy, by podejmować matematyczne wyzwania… łatwiej jest powiedzieć, że matematyka jest trudna.

Czasami, odwiedzając jakieś polskie uczelnie, odnosi się wrażenie, że one są bardziej „niższe”, niż wyższe ;) .

Odpowiedz

Zostaw komentarz

Jeśli chcesz by obok Twojego komentarza pojawił się obrazek - stwórz konto w serwisie Gravatar.com

{ 2 trackbacki }