![]() |
Wczoraj miałem przyjemność przeprowadzić wywiad z ministrem turystyki Kenii. Bardzo sympatyczny facet, komunikatywny i widać – zna się na rzeczy; obyty w świecie rozumie współczesną turystykę i jej potrzeby.
Całość wywiadu będzie można przeczytać w Dzienniku Turystycznym jutro albo pojutrze (myślę, że warto). W związku z tą sytuacją naszły mnie dwie refleksje, które być może okażą się pomocne (zwłaszcza młodym dziennikarzom).
O spotkaniu poinformował mnie Michał Domański, redaktor naczelny All-Inclusive (dzięki jeszcze raz!). Myślę, że rozesłał wici po wszystkich branżowych mediach. Były jakieś problemy na lotnisku w Pradze (kilkakrotnie przekładano godzinę spotkania, ostatecznie czekałem w lobby około godzinę), dodatkowo sama informacja jaką otrzymała była dość nieprecyzyjna co do tego, jak ma całość wyglądać. Niemniej jednak szansa porozmawiania z przedstawicielem jednej z najważniejszych turystycznych destynacji w Afryce nie zdarza się codziennie.
Na spotkanie przyszły trzy osoby. W tym jedna myślała, że to będzie konferencja prasowa, a jak się dowiedziała, że spotkania face-to-face – uciekła. (Powinienem podać nazwę redakcji, ale… mam dzień słabości).
Moja pierwsza refleksja wiąże się z powtarzanym często powiedzeniem: dziennikarz, który więcej czasu spędza w redakcji niż „na mieście” – to zły dziennikarz. Myślę, że dużo jest w tym prawdy.
Jasne, wszystko się zmienia, źródła informacji są inne niż kiedyś, więcej można załatwić wirtualnie. To jednak nie zmienia faktu, że czasem trzeba ruszyć dupę i spotkać się z kimś osobiście, wyciągnąć coś więcej niż jest zawarte w informacji prasowej piarowskie papki. Dziennikarz musi mieć jaja, odwagę i zdolność improwizowania. Nawet jeśli nie zajmuje się polityką, ale robi media branżowe.
Druga uwaga ma charakter nieco bardziej techniczno-poradnikowy. Ilekroć robię wywiad z kimś kto nie włada piękną polszczyzną (shame on you!), nawet jeśli mogę osobiście się porozumieć na przykład po angielsku – korzystam z usług tłumacza. Ma to sens zwłaszcza jeśli osoba, z którą rozmawiamy ma własną osobę do tych celów, np. piarowca, czy rzecznika.
Doświadczenie własne oraz rady starszych kolegów po fachu podpowiadają mi, że o wiele więcej można dowiedzieć się, kiedy ktoś Ci tłumaczy, a ty rozumiesz i tak bez jego pomocy. Szefowie firm, panowie prezesi, odpowiadają ci na pytania, zagalopują się czasem zdradzając, że chcą postawić hotel tu i tu, albo przejąć taką firmę, ale szybko mówią do tłumacza – albo wiesz, nie mów mu tego, powiedz, że jeszcze nie wybraliśmy miejsca pod inwestycję.
Cały pic oczywiście polega na tym, żeby się nie zdradzić że się zna lengłidż.
Tyle refleksji. A na zachętę dodam tylko – warto chodzić na takie spotkania także dlatego, że nigdy nie wiadomo, kiedy będzie można poznać atrakcyjną Czeszkę
Spodobał Ci się ten tekst? Bardzo się cieszę! Może powiesz o nim swoim znajomym lub dodasz do swojego ulubionego serwisu? A może chcesz bym napisał coś dla Ciebie? Daj znać :)

