O niechcianych lokatorach, końcówkach i eksponowaniu statusu

26/03/2009 · 1 komentarz

Internet nie tylko dał nam nowe możliwości komunikacji, rozrywki, czy edukacji. Zmienił nasz świat, wywołał nieznane zjawiska. Jednym z takich nowych praw jest cybersquatting. Wzbudza wiele kontrowersji, wywołuje dyskusje na poziomie ideologicznym. Ale przede wszystkim jest wynikiem zmiany; zmiany, z która nie zawsze umiemy sobie poradzić.

Cybersquatting jest praktyką rejestrowania domen znanych marek firm lub produktów/usług w celu odsprzedania ich w odpowiedniej cenie tym podmiotom, które miałyby do nich prawo na mocy przysługującego im z racji posiadania znaku handlowego.

Yotsuba & Danbo Rob a Bank
Creative Commons License photo credit: Steve Keys

Dość powszechną metodą jest rejestrowanie domen z różnymi rozszerzeniami. Najpopularniejsze pozostają wciąż dot-comy, ale rosnąca popularność krajowych końcówek wymusza na firmach coraz poważniejsze inwestycje domenowe.

Sytuacja ta może się jeszcze skomplikować w momencie wprowadzenia w tym roku zupełnie nowych rozszerzeń (ICANN, organizacja odpowiedzialna za przyznawanie nazw domen, dała wolną rękę: jeśli tylko masz pomysł, spełniasz określone warunki i… dysponujesz odpowiednimi funduszami możesz mieć swoją końcówkę). Wśród rewolucyjnych TLD znajdą się np. .eco (postulowana przez Al’a Gore’a), .ker (propozycja wspólnoty kornwalijskiej) i – być może – .xxx dla przemysłu porno. Oraz wiele, wiele innych.

Wyobraźmy więc sobie sytuację: średniej wielkości firma o sporych aspiracjach stoi przed wyborem swoich domen. Jeśli dziś należy pomyśleć o kilku nazwach do zarejestrowania – za chwilę może się okazać, że potencjalnie jest ich już kilkadziesiąt lub kilkaset. A to pole do inwencji dla niechcianych lokatorów…

Wracając więc do cybersquattingu. Wszelkie sporne kwestie rozstrzygane są w ramach UDRP opracowanego przez ICANN. Problem polega jednak na tym, że nie jest to metoda doskonała, o czym świadczy chociażby ostatnio komentowany przypadek domeny fbomb.com.

Liberalne podejście do cybersquattingu znaleźć możemy w manifeście Domainers Club. Jak przekonują jego twórcy żyjemy w kapitalistycznym, demokratycznym świecie, w którym promowane powinny być dążenia do zarabiania pieniędzy, pomysłowość i inwencja. A ponieważ cybersquatting jest zajęciem opartym na pomysłowości i kreatywności – nie powinien być potępiany:

W pierwszym przypadku rejestry i sądy zasłaniają się kwestią ochrony praw własności intelektualnej. OK, ale gdzie podziewa się szacunek do własności intelektualnej tego, kto wpadł na nowatorski pomysł i wprowadził go w życie zanim zrobił to ktoś inny? Wymyślenie strategii biznesowej polegającej na rejestracji domeny zawierającej znane nazwy, to także pomysł i również powinien być chroniony.

Nieprzekraczalną granicą według twórców manifestu jest oczywiście wprowadzanie w błąd odwiedzających daną stronę poprzez podawanie się za daną firmę, czy jej oddział.

Niestety pod szyldami kapitalizmu wciąż ludziom marzy się prostota komunizmu a z kolei niektórzy używają idealizmu socjalistycznego, by de facto wesprzeć monopol wielkich korporacji. Natomiast w kapitalizmie trzeba za wszystko płacić; za każdy towar i za każdy pomysł. Ten kto pierwszy ten lepszy. Patenty i ochrona znaków towarowych mogą chronić jedynie to co już zostało wymyślone, nigdy zaś nie mogą monopolizować tego co zostanie wymyślone w przyszłości.

Nie jestem prawnikiem, nie chcę się wypowiadać w tej sprawie od tej strony. Polecam wszystkim dyskusję jaka wywiązała się na Domenach Internetowych.

Chciałbym jedynie napisać kilka zdań o tym, że moim zdaniem cybersquatting jest signum temporis naszej epoki. Bliżej mi chyba do traktowania go przejaw pewnej cwanej zaradności niż brutalnego przestępstwa. Nie zmienia to oczywiście faktu, że jest to poważny problem współczesnego biznesu. No i będzie coraz poważniejszy.

Komunikacja od wieków odbywała się na poziomie eksponowania statusów. Za chwilę możemy doczekać takiej chwili, że to nie dom w dobrej dzielnicy, ale świetna (zgodnie z rządzącymi tym zasadami) domena jest wyrazem naszej pozycji. Oczywiście mówię tu o powszechnej percepcji tego zjawiska. Już teraz bowiem ludzie świadomi istotności „wirtualnych nieruchomości” zdają sobie bowiem sprawę jak istotne jest posiadanie dobrej nazwy domeny.

Cybersquatting przypomina więc buty adidosa, czy koszulki mike (choć te porównanie lepsze byłoby zapewne do typosquattingu). Burzy ustalony porządek, uwiera i bywa kosztowne (nawet bardzo). Nie da się wyeliminować.

Nowy poziom wirtualnej komunikacji ma swoje nowe prawa, zjawiska. Musimy nauczyć się je dostrzegać i rozumieć.

A jakie jest wasze zdanie na temat cybersquattingu?

Zostaw komentarz

Jeśli chcesz by obok Twojego komentarza pojawił się obrazek - stwórz konto w serwisie Gravatar.com

{ 1 trackback }