Japonia to naprawdę ciekawy kraj. Od dziecka chciałem ją zobaczyć, poznać bliżej. Nawet uczyłem się języka ze słownika japońsko-angielskiego… A wszystko jak zawsze zaczyna się od książek – w tym przypadku od zupełnie niejapońskiego „Shoguna” Jamesa Clavella.
Niedawno pisałem na aznews.pl o tym, że gdy miliony japońskich internautów chce coś „wygooglać” – ich pierwszym krokiem nie jest udanie się na minimalistyczną stronę wyszukiwarki, ale na stronę ich największego rywala: Yahoo Japan. Następnie – na stronie Yahoo – wpisują „Google”, pomijając w ten sposób pasek adresu w ich przeglądarkach. Dopiero trafiając na stronę wyszukiwarki, wpisują szukaną frazę.
W 2008 roku tak wielu internautów użyło Yahoo by trafić do Google, że nazwa docelowej wyszukiwarki stała się czwartym najbardziej popularnym wyrażeniem w Yahoo (podobnie było w 2007 roku).
Dzisiaj eMarketer opublikował ciekawy artykuł poświęcony „kulturze japońskiego kliku”.
70 proc. badanych skośnookich internautów przyznało, że kilka w kontekstowe reklamy w wyszukiwarkach. Co więcej, zakupy online są drugą po sprawdzaniu poczty ulubioną czynnością Japończyków w sieci.

Ale już odpowiedzi na pytanie, czy te reklamy są przydatne nie są takie szczęśliwe dla reklamodawców. Tylko 1 proc. ankietowanych uznał je za bardzo użyteczne (chociaż z drugiej strony tylko 4,5 proc. nie chciałoby mieć do czynienia z tego typu przekazem).

Zapytani, czy kliknęli reklamę by kupić jakiś produkt lub usługę odpowiedzieli zdecydowanie, że nie (80 proc.).
Japonia to dziwny kraj. Może macie jakieś ciekawe doświadczenia do podzielenia?