Kto wie, czy wczoraj nie rozpoczęła się nowa era internetu? No dobrze, to może nieco przesadzone, zbyt patetyczne słowa. Wydaje mi się jednak, że nic już nie będzie takie jak dawniej. Stoimy u rozwidlenia dróg a stawka jest wysoka: w grę wchodzi filozofia, jaka towarzyszyć będzie rozwojowi sieci w ciągu najbliższych lat. Rozpoczął się proces The Pirate Bay.
Przypomnijmy (za Wikipedią) dla tych którzy nigdy nie słyszeli (jaaaaasne…), że The Pirate Bay (TPB) jest jednym z największych trackerów sieci BitTorrent, który działa także jako wyszukiwarka plików .torrent. A te, wymieniane pomiędzy użytkownikami (P2P) służą do dzielenia się muzyką, filmami, oprogramowaniem – oczywiście wszystko za darmo. TPB nie hostuje żadnych plików, udostępniając jedynie odnośniki do danych zasobów. Uruchomiony przez szwedzką grupę Piratbyrån (dążącą do zmian w prawie autorskim) w 2004 roku jest najpopularniejszym serwisem z torrentami według danych zebranych przez TorrentFreak.
Czterej mężczyźni: Frederik Neij (ksywa TiAMO), Gottfrid Svartholm Warg (Anakata), Peter Sunde Kolmsioppi (Brokep) oraz Carl Lundstrom, w mniejszy lub większy sposób zaangażowani w powstanie i funkcjonowanie TPB, zostali pozwani przez wielkich tego świata – Warner Bros. Entertainment, MGM Pictures, Columbia Pictures, 20th Century Fox, Sony BMG, Universal i EMI. Możliwa kara: dwa lata pozbawienia wolności i ogroooomne odszkodowanie (około 10,5 miliona dolarów). Ogromne z naszej i pozwanych perspektywy – bo śmieszne z punktu wiedzenia korporacji.
Wczorajszy dzień rozpoczął się od efektywnego wejścia oskarżonych, którzy na proces przyjechali swoim S23K – autobusem, który jest wykorzystywane jako press-center. Przed sądem zebrała się grupka entuzjastów TPB wymachujących charakterystycznymi flagami.
Prokurator Håkan Roswall odczytał zarzuty, które można podsumować krótko: naruszenie praw autorskich. Nikt nie przyznał się do winy.
Argumenty Piratów są znane od dawna. Twierdzą, że nie zapłacą bo nie mają pieniędzy, nie zarabiają na stronie, a żadnych plików nie udostępniają na swoich serwerach. No i nie zapominajmy, że cały ten proces ma wymiar politycznej, kapitalistycznej nagonki mającej na celu kontrolę i cenzurę internetu.
S23K – autobus-baza Piratów, fot. TorrentFreak
Trudno ocenić, kto wygra ten spór. Podobnie jak to kto ma rację. Nic nie jest – jak nigdzie zresztą – czarno-białe. Chodzi tu jednak o coś więcej niż tylko pieniądze; stawką jest filozofia internetu. Jak zauważa Henry Jenkins obserwujemy walkę dwóch konkurencyjnych systemów moralnych: „wymiany plików” i „piractwa.
We can see, for example, notions of „file sharing” and „piracy” as two competing moral systems by which we might make sense of the circulation of media content, one put forth by consumers eager to legitimate their idea of the free exchange of content, the other put forth by the media industry eager to close off certain.
Te dwa przeciwstawne dyskursy znajdują się, moim zdaniem, przed finałową walką. Jaki będzie jej wynik? Intuicja podpowiada mi, że jednak jakiś konsensus zostanie wypracowany (choć z mniejszym lub większym procentem marginalnych i ekstremalnych zachowań np. „totalnego piractwa” i „totalnego pieniactwa”, czyli walki korporacji o swoje, bez najmniejszej chęci zmiany swojej polityki dystrybucji). Jak mógłby on wyglądać? W pewnym sensie to już się dzieje, a najlepszym przykładem jest Hulu.
Zgadzam się więc z Grzegorzem Marczakiem, który pisze:
Jestem pierwszy który zapłacił by za możliwość obejrzenia kinowego hitu u siebie na komputerze za pieniądze – lubię płacić za dobre jakości materiały i programy. Mam nadzieję, że kiedyś doczekamy czasów w których sieci P2P będą dystrybuować legalne treści za które będziemy mogli zapłacić niewielką sumę aby z nich korzystać.
Jestem podobnego zdania. A w moim przypadku przykładem tego są płatne aplikacje z App Store na iPhone, w które namiętnie inwestuję.
Jak sądzicie – jak zakończy się proces? I czy jest on w ogóle istotny?
PS. W czasie pierwszego dnia procesu nie zabrakło momentów humorystycznych. Prokurator Roswall, opisujący siebie jako komputerowego eksperta przez dobrych kilka minut walczył ze skomplikowanych informatycznym problem – uruchomieniem prezentacji PowerPoint…
A zainteresowanie procesem było tak duże, że jak donosi Wired bilety na salę sądową kosztowały u koników 60 dolców (tyle, co na koncerty muzycznych gwiazd). Signum temporis?
{ 2 trackbacki }