Zawsze kiedy jestem we włoskiej (lub mieniącej się włoską) knajpie i przychodzi do wyboru dania – nie patrząc nawet w kartę wiem jedno: zjem lasagne. Jeśli jednak zamawiam pizzę w jedynej z dwóch pizzerii w moim małym mieście – zastanawiam się pół godziny. Wybór to przekleństwo.
Nienawidzę chodzić na zakupy „odzieżowe”. Pół dnia stracone tylko po to by kupić spodnie, sukienkę (nie dla mnie oczywiście) lub stwierdzić, że nie ma nic fajnego. Wybór to wyrok.
Brak wyboru jest największym błogosławieństwem.
Do napisania tego postu natchnął mnie tekst Tomasza Topy oraz przywołana przez niego dość leciwa już prezentacja Barry’ego Schwartza z TED. Można je obejrzeć poniżej. Naprawdę warto.
Prezentacja nie wymaga komentarza jako takiego, doskonale broni się sama. Można się nie zgadzać z jej tezą i używanymi przez Schwartza argumentami. Nie zmienia to jednak faktu, że dotyka on bardzo istotnej, fundamentalnej kwestii związanej z naszym życiem i kulturą.
Przypomniała mi się rozmowa jaką przeprowadził Jacek Żakowski z Leszkiem Kołakowskim (opublikowana w „antyTINIE”). Filozof odpowiada na jedno z pytań:
Ja o szczęściu nie mówię, bo nie wiem, co to takiego. I nigdy nie wiedziałem. Ale jest coś dobrego w buddyjskiej czy stoickiej skłonności do ograniczania pragnień w taki sposób, żeby przeciwności losu przyjmować ze spokojem. Nie być przywiązanym do potrzeb, nie wpadać w histerię, kiedy nam się nie udaje to, co byśmy chcieli. Nie chcieć byt wiele. Nie sięgać zbyt daleko. Lepiej mniej chcieć i mniej się rozczarowywać. Na przykład: jestem piękną, powabną, utalentowaną blondynką. Jadę do Hollywood, żeby zostać gwiazdą, a gram same ogony. Jestem rozczarowana. Mam poczucie zmarnowanego życia, nieszczęścia, mam się przez to powiesić? Lepiej mierzyć niżej.
Jeśli współczesna kultura, której podstawowych fundamentów doszukuję się jeszcze w Oświeceniu i utylitaryzmie, jest kulturą wyboru to jest również kulturą anomii (w ujęciu mertonowskim).
Spójrzcie na to czego wymaga się od współczesnego człowieka – kariera, własny kąt, rzeczy… To brzmi trywialnie, wiem. Ale najgorsze jest to, że to zauważamy a sami nie jesteśmy lepsi. Snujemy plany na temat kariery naszych nienarodzonych jeszcze dzieci.
Nieszczęście wynikające z możliwości różnorodności osiągania szczęścia nie osiągnęło u nas poziomu japońskiego. Mówię tu o zjawisku hikikomori, o którym kiedyś napiszę większy tekst.
Czasem w naszych stechnicyzowanej kulturze użytecznego człowieka o przydanych marzeniach i zbilansowanych planach warto zatrzymać się na chwilę. I pójść w bok.
Albo jak mówi Leszek Kołakowski, wybaczać sobie małe grzechy i nie oczekiwać zbyt wiele.
Spodobał Ci się ten tekst? Bardzo się cieszę! Może powiesz o nim swoim znajomym lub dodasz do swojego ulubionego serwisu? A może chcesz bym napisał coś dla Ciebie? Daj znać :)
