O tabloidyzacji, marności, upadku mediów i dziennikarzy – spowiedź

01/01/2009 · 0 komentarzy

No i się zaczęło. Gdzieś tak do lutego będziemy planować wielkie zmiany w naszym życiu, będziemy tryskać humorem, energią i wiarą w lepsze dni. W listopadzie stwierdzimy nieśmiało, że nic z tego i tak nie wyszło (nigdy nie wychodzi) i trzeba ten grudzień przeczekać, zaplanować coś od stycznia…

Déjà vu
Creative Commons License photo credit: polline

Nieco poważniej chciałem, u progu nowego roku, poruszyć temat związany z nieco szerszym zjawiskiem dotyczącym mediów. Od kilku lat wraca on jak bumerang i nic nie wskazuje na to, że to się wkrótce zmieni. Dla niektórych z Was może wydać się nudny, „oklepany”, drugorzędny – dla mnie jest w zasadzie pierwszą ligą: zarówno z racji, że dotyczy tego, co robię, ale także z powodów moich nieco bardziej naukowych zainteresować. A jednocześnie, w mojej opinii, już wkrótce powróci w nowej odsłonie…

Jest to jednocześnie wielowątkowy, złożony problem – traktujcie więc ten wpis jako początek dyskusji.

Do poświęcenia temu tematowi pierwszego wpisu w 2009 roku przekonał mnie tekst umieszczony w The Wall Street Journal pt. „ All I Wanted for Christmas Was a Newspaper” autorstwa Paula Mulshine, felietonisty Newark Star-Ledger. Za niezamierzony komentarz posłużył natomiast Jacek Żakowski ze swoim „Reakcje redakcji” w najnowszym numerze Polityki. Zaczynamy?

Świat mediów (tych pojmowanych tradycyjnie, jako środki masowego, czy społecznego przekazu) zmienia się nieustannie. Pojawienie się internetu jako zupełnie nowej kategorii cywilizacyjnej i tu odcisnęło swe piętno.

Jedną z najłatwiej zauważalnych zmian jest oczywiście szybkość z jaką można podawać informacje. Przez „podawanie” rozumiem cały ten bogaty proces zdobywania, uzupełniania, przygotowywania oraz publikacji. Mulshine dostrzega to również, pisząc:

Now, thanks to the Internet, a writer can file a story instantly from anywhere. It’s incredibly convenient, but that same technology is killing old-fashioned newspapers.

Co to znaczy, że dostępna technologia zabija „tradycyjne” gazety, czy szerzej: media? Nie ma tu miejsca (ale obiecuję, że tematem tym będę zajmował się wielokrotnie) na pogłębione analizy, napiszę więc w skrócie: jak  mówił McLuhan – media zmieniają sposób w jaki patrzymy na świat. Informacja nie ma  już na celu spełniania swojego podstawowego zadania, czyli informowania – ma dostarczać prostych odpowiedzi i rozrywki (poprzez horror, sensację, płaczliwy dramat).

Mówimy tu o tabloidyzacji mediów, czyli dość skomplikowanej zmianie jakościowej i ilościowej, która zachodzi na naszych oczach. Ilościowej, bo zmienia się forma środków przekazu (krótsze artykuły, większe zdjęcia w prasie, krótsze programy z „wodotryskową” oprawą w telewizji itd.).  A jakościowej bo tabloidyzacja to jednocześnie, jak zauważa Edwin Bendyk „proces upraszczania debaty, ograniczania jej do prostej odpowiedzi, którą można wyrazić w kilkunastosekundowym telewizyjnym spocie lub kilkuzdaniowej notatce”.

Niestety przyczyną tego procesu w dużej mierze jest coś co nazywam „łatwością internetu”, czyli technologia, która upraszcza i minimalizuje niezbędne koszty, które trzeba ponieść w dowolnej pracy. Tylko w idealnym świecie zaoszczędzony wysiłek z jakim można stworzyć pewien „produkt” jest zmieniany w dbałość o lepszą jego jakość. Studenckie „kopiuj-wklej” jest najlepszym komentarzem.

Ale internet nie może być chłopcem do bicia. Kto więc odpowiada za tabloidyzację w jej negatywnym znaczeniu? Jacek Żakowski pisze:

Po pierwsze, winny jest rynek, który wymusza na mediach schlebianie najpowszechniejszym gustom. Po drugie, winne jest społeczeństwo, które woli byle co od rzetelnej wiedzy. Po trzecie, winni są politycy, którzy stworzyli złe media publiczne i są średnio biorąc za głupi, żeby z nimi poważnie rozmawiać. Po czwarte, winni są właściciele, inwestorzy, szefowie, dbający tylko o słupki i zmuszający nas do robienia tandety. To wszystko jest w dużym stopniu racja. Ale czy cała racja?

Oczywiście nie, odpowiada Żakowski. Duża część odpowiedzialności spada także na nas – dziennikarzy. Dostępność źródeł, walka o newsa, lenistwo – to wszystko sprawia, że często nam się nie chce, często zadowalamy się miernotą. Paul Mulshine słusznie zauważa:

Anyone can duplicate a long and tedious report. And anyone can highlight one passage from that report and either praise or denounce it. But it takes both talent and willpower to analyze the report in its entirety and put it in a context comprehensible to the casual reader.

Do wymienionych wyżej powodów dołożyłbym jeszcze jeden: kryzys autorytetów i relacji mistrz-uczeń. Doświadczyłem tego na sobie. Nie spotkałem na swojej zawodowej drodze wybitnych redaktorów, którym zawdzięczałbym to, co osiągnąłem. Warsztatu uczyłem się (i nadal się uczę) czytając sporo. Ale podobnie jak nie nagra się świetnego kawałka słuchając przez cały czas Gov’t Mule – tak nie dojdzie się do biegłości pisarskiej opierając się jedynie na drukach. Żałuję bardzo, że na początku nie dostałem po tyłku od starszych i bardziej doświadczonych dziennikarzy. Teraz muszę uczyć się na swoich błędach, co niestety odbywa czasem się kosztem czytelników. Obiecuję jednak poprawę i nieustanną pracą nad sobą. Także tu, na blogu, byście nie żałowali, że tu weszliście.

W dalszej części swojego tekstu Mulshine przedstawia swoje wątpliwości odnośnie blogosfery. Tym zajmę się jednak innym razem.

Czujcie się swobodnie w komentowaniu tekstu, wskazywaniu pomyłek i błędów. Nie ma to jak konstruktywna krytyka.

Zostaw komentarz

Jeśli chcesz by obok Twojego komentarza pojawił się obrazek - stwórz konto w serwisie Gravatar.com