Religia jest jedną z najważniejszych przestrzeni, w jakiej ludzie żyją. Skłaniam się również ku tezie, że nasza natura jest z definicji religijna: nawet jeśli mówimy, że jesteśmy niewierzący, że ateiści – to przecież to wciąż wiara, jedynie ze znakiem minus. Religia to także środek przekazu, który sam jest przekazem.
Obce są mi jednak klasyfikacje łączące zmienne religijne ze zmiennymi etnicznymi, narodowymi itd. Innym słowy: Polak nie równa się katolik…
Religijność jest także kwestią różną od jakiegoś konkretnego Kościoła. Daleko poza wszelkie organizacje wychodzi, jest o wiele bardziej złożona. Dotyczy wszystkiego, co robimy, nawet jeśli wydaje się nam to tak bardzo od niej odległe. Dowolna czynność, postawa, doświadczenie jakie są naszym udziałem filtrowana jest przez kwestię wiary, czyli to, czego nie możemy pojąć, a bardzo chcielibyśmy by było prawdziwe.
To tyle w kwestii wstępu. Myślę, że będę jeszcze pisał o religii nie raz. Dziś jednak chciałbym podzielić się na gorąco (chociaż za oknami zimno okrutnie) myślami, które kotłowały się w mojej łepetynce podczas Mszy Świętej, z której właśnie wróciłem.
Jestem katolikiem, mam za sobą doświadczenia ruchu oazowego, byłem wiele lat ministrantem. I nie jest to powód do wstydu, moim zdaniem. Chciałem jednak zawsze by moja wiara oparta była na intelekcie, wyborze, nie na uczuciu i rutynie. Wiem jak to brzmi. Ale zwątpienie i poszukiwanie jest dla mnie autentyczne – zaś coniedzielne „odrabianie” kościelno-zwyczajowego obowiązku niekoniecznie. I ja może właśnie jestem na takim etapie przejściowym, wątpiącym (ale prawdziwie poszukującym na zasadzie „I still haven’t found what I’m looking for”…)
Zaczęły się u nas rekolekcje. Głosi je ksiądz jakiś przyjezdny, kilka lat proboszcz, wcześniej student i wykładowca.
Po pierwsze w ogóle się na początku nie przedstawił. Tylko „kochani bracia, kochane siostry”. Jacy kochani? Jakie siostry, bracia? Jakbyśmy mieli Kościół pierwszych wieków to może jeszcze… Ale dla mnie żaden on brat, żaden swat. Nie znoszę tego sztucznego przymilania, tej lukrowanej atmosfery i słownictwa w stylu „zebraliśmy się tu”, „goreje”, „najmilsi”…
Najważniejsze jednak kazanie. I co słyszę jako wstęp: Jaka jest Twoja wiara? Czy jesteś prawdziwym katolikiem? Czy poświęciłbym swoje życie Chrystusowi?… A skąd ja mam to wiedzieć?! Jak ja nie wiem (i chciałbym bardzo się dowiedzieć!), czy grzechem jest robienie zakupów w niedziele? Czy Boga Ojca nie wkurwia, że tuż po kazaniu, a przed pamiątką śmierci Jego Syna, zbiera się „tacę”? Dlaczego nie mogę z dziewczyną zamieszkać przed ślubem, a z żoną stosować antykoncepcji (naturalne metody planowania rodziny – największa hipokryzja w zakresie kościelnej etyki seksualności).
Nie chodzi o to, żeby sobie ponarzekać. Nie twierdzę też, że tak jest wszędzie, że nie ma wspaniałych duszpasterzy (szczęśliwi ci, którzy spotkali takich na swojej drodze!). Ośmielam się jednak myśleć, że tak wygląda dziś uśredniony obraz Kościoła Katolickiego. Z kapłanami niewiele wiedzącymi o codziennym życiu, problemach i pytaniach wiernych. O wiernych, którzy mają tak naprawdę w nosie wiarę i Kościół: podświadoma motywacja to wychowanie, społeczny wizerunek i moje ulubione zdanie: tak, bo tak / bo tak trzeba / a idź, nie zadawaj głupich pytań. Dlaczego więc duszpasterze nie mówią o kluczowych, najprostszych sprawach? Dlaczego kazania to monologi, które NIC nie wnoszą do życia wiernych?
W najnowszych Wysokich Obcasach jest wywiad z Szymonem Hołownią. Mówi on między innymi:
…że Bóg to nie skrzyżowanie policjanta z księgowy, że katolik to nie znaczy smutny, nieżyciowy, staroświecki. Że Kościoła nie wynaleziono po to, by zabraniał ludziom chodzić do łóżka. Chrześcijaństwo to nie światopogląd, to relacja. Z żywym Bogiem i żywymi ludźmi.
Ładnie, prawda? Tylko szkoda, że zapominają o tym i kler i świeccy. I za kilka lat ktoś będzie mógł napisać podobnie wybitną książkę jak „Kamień na kamieniu”, poświęconą umieraniu świata tradycyjnej pobożności, pełnych Kościołów i coniedzielnych Eucharystii. Ale może tak trzeba? Może nie ma innej drogi katharsis?
Nie wiem, jak to jest w innych Kościołach i innych religiach. Może mi pomożecie? Czy u Was problemy są podobne? Czy raczej to zupełnie innych, lepszy świat?
A że jest niedziela, dzień odpoczynku – na zakończenie całkiem mądry i zabawny film