Współczesne wojny toczą się na o wielu więcej frontach niż tylko tym – zdawałoby się najważniejszym, czyli militarnym. Trwający właśnie konflikt na Bliskim Wschodzie przenosi się także w przestrzeń wirtualną. Izraelski rząd uruchomiła właśnie kampanię mającą na celu zdominowanie umysłów internautów na całym świecie.
Jednym z podjętych działań jest stworzenie specjalnego kanału z materiałami wideo na YouTube. Możemy tu podziwiać precyzję uderzeń lotniczych. Za pomocą Twittera izraelski konsulat w Nowym Jorku prowadził natomiast „mikroblogingową konferencję prasową” (jedna z przykłądowych odpowiedzi na pytanie „z sali”: no, the sole purpose of this opt. is 2 protect Isr’s s.border & 2 allow ISR 2 live safely. this opt is indiferrent 2 politics), która jest doskonałym choć smutnym przykładem na to, że wojnę można zredukować do 140 znaków…
Blogosfera i nowe media są kolejnym obszarem wojny (war zone) – powiedział dziennikowi Jerusalem Post major Avital Leibovich.
I czy się to komuś podoba, czy nie – od czasów Pustynnej Burzy i kamer umieszczanych na czołgach, wojny – dla całego świata – rodzajem entertainment: zabawy, w której za pomocą pilota TV lub kilku kliknięć możemy poczuć smaczek, adrenalinę, dreszczyk emocji… Oto nowe media, szanowni Państwo.
Na koniec zacytuję jeden z komentarzy jaki pojawił się na stronie Wired:
weird.
Violence (a result of hate) is allowed on YouTube, but sex (a result of love) is forbidden.
***
Tekst (pod tytułem O wojnie – zamiast życzeń noworocznych) ukazał się w prawie identycznej formie na admagazine.pl.